Człowiek to dziwne stworzenie. Uważa, że jest najważniejszy na tym padole, a jego zdanie jest kluczowe i niepodważalne. Czuje się władcą i bogiem na tej planecie. Świat należy do niego, może zrobić z nim wszystko. Poczucie władzy wypełnia go od środka, pęczniejąc z minuty na minutę, powoli i nieodczuwalnie rozrywając duszę oraz formę ulepioną z tkanek pokrytą włosami, zębami, paznokciami i brudem. Tuż za tym EGO stoi i pręży się wielkie ID czekające na wejście. Gdy nadchodzi odpowiedni czas człowiek traci swe boskie przymioty. Nie myśli już tak, jak kiedyś, kieruje się najniższymi instynktami jak wyposzczone zwierzę, szukające swej ofiary. Coś mu mówi, że różnimy się od innych gatunków, posiadamy nobilitujące właściwości umysłu i pierwszeństwo w łańcuchu pokarmowym. Jeszcze rozumie, że gatunek ludzki potrafi wyciągać wnioski i przewidywać konsekwencje, nie ulegając instynktom czy też pokusom życia. Wszystko nazywa i definiuje, by poruszanie się po świecie było logiczne i na pozór mało skomplikowane. A przecież sam układał zawiły do granic możliwości labirynt, do którego napisał dokładną instrukcję i mapę życia z kierunkowskazem, by później zgubić się w nim i w akcie rozpaczy wyrzucić wszystkie ukryte emocje, żale, zwierzęce popędy i niezaspokojone potrzeby. Obwinia siebie za to, co stworzył, za to kim był i kim nie był. Karze siebie za to co zrobił, za iluzję uporządkowanego życia, za brak spadochronu złożonego z wyrzutów sumienia. Po chwili godzi się z rzeczywistością, otrzepuje kolana z piachu i zaczyna od nowa. Tym sposobem oczyszcza organizm i coś nietykalnego, co nazywamy duszą, a może umysłem? Szybko odwraca wzrok od oskarżycielsko wielkich liter, składających się na słowo „start”. Tak – znowu startuje to marne, zuchwałe zwierzę. Poturbowany i niepewny. Bez planu pod linijkę i pomysłu na życie. Łapie oddech, patrzy w niebo i idzie. Nie ma nic do stracenia i porzucenia. Czeka go nowa rzeczywistość, jakakolwiek by nie była. Nie pyta już czy tak można, czy coś wypada. Nie zastanawia się czy kogoś zrani i zostawi, bo nie ma już nikogo. Poznaje nowych, takich jak on sam, postrzępionych i poturbowanych. Patrzy na nich jak na odstający kawałek tapety. Bez wyrazu i emocji. Mały jak żuk, tyle że bez pancerza ochronnego. Toczy swoją kulkę łajna, bo wie, że tak trzeba, ale nie wie po co. Nie pyta dlaczego, już go to nie obchodzi. W każdej minucie życia wie, że przechodząc przypadkiem, ktoś może go zgnieść. Nie boi się bólu, nie boi się śmierci. Nie ma nic do stracenia. Martwi się tylko, komu przekaże swoją wielką kulkę łajna, którą budował całe życie. Nie wierzy w niebo, ani kolejny świat, ani bogów, a chciałby – codziennie się o to modli.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s